piątek, 10 kwietnia 2015


...a potem była wojna atomowa i wszyscy zginęli, czyli

Nie piszę bo nie mogę. Proszę nie pytać, czemu i kiedy coś wstawię. Po prostu nie teraz. Branoc.

wtorek, 27 stycznia 2015

Popijając owocową herbatę

 Ok, w końcu druga część (niestety nieco krótsza). Mam nadzieję, że się spodoba, mimo, że ostatnio cierpię na brak inspiracji odnośnie tego etapu akcji.
Whatever, enjoy.

***

-Dzień dobry…- nieśmiało zajrzałam do pokoju. Siedział przy małym stoliku, był ubrany w szarą bluzę z zielonymi rękawami, na nosie miał okulary w bordowych oprawkach a ciemne blond włosy ustylizowane na lata 40. w klimacie Jamesa Deana- podgolone boki i grzywka zaczesana do tyłu. W ręce trzymał kubek parującej herbaty z suszonymi owocami, na talerzu obok leżały zawijane ciasteczka ze słodkim twarogiem i bakaliami, które ukradkiem podjadał. Po zobaczeniu mnie szybko odłożył ciastko z powrotem na talerz, mimo, że było już nadgryzione i poderwał się nagle. Patrzył ze zdziwieniem przypominając sobie, kim jestem i dlaczego tu przyszłam. Zmrużył oczy, co ułatwiło mu skupienie i powiedział w końcu:
-To ty, już jesteś! Siadaj, musimy porozmawiać. Chcesz herbaty?
Oczywiście, że chciałam herbaty, kocham herbatę.

Po tym jak dostałam kubek gorącego napoju, Piotrek- tak się przedstawił, wyjął gruby zeszyt i notował każdą moją odpowiedź. I wszystko byłoby fajnie, miło i jak najbardziej normalnie, gdyby nie pytania, jakie mi zadawał.
A mianowicie:
,,Czy potrafi pani strzelać z łuku i kuszy?'',
,,Jak dobra jest pani z chemii, biologii i fizyki?'',
,,Co pani sądzi o teorii strun bozonowych?'',
,,Jest pani krótkowidzem czy dalekowidzem?''
,,Czy wierzy pani w zjawiska paranormalne?'' i mnóstwo innych, równie nietypowych.
Co ja mu miałam powiedzieć? Strzelać jako tako umiałam, kiedyś się w tym szkoliłam, o kilku teoriach czytałam w internecie, aczkolwiek o tej nie słyszałam zbyt wiele, nie wiedziałam, czym jest ,,Drugi Wymiar'' i czy w ogóle istnieje, a ,,zielone psy marmurkowe'' i ,,parenkile'' też niewiele mi mówiły.
Uznałam to wszystko za swego rodzaju test. ,,Zadając dziwne pytania, niektóre praktycznie bezsensowne i w żaden sposób nie wiążące się z zawodem pomocy domowej może sprawdzać moją determinację i opanowanie.''-myślałam-,,Tylko po co? Mam być zwykłą pokojówką, może czasem bym obiad ugotowała czy babci pomogła, ale od razu jakieś testy umysłowe mi robić?''

Tak więc nie miałam wyjścia. By sprawić jak najlepsze wrażenie, mimo, że jakoś bardzo mocno mi na tej pracy nie zależało, zaczęłam wypowiadać się po swojemu na tematy, o których nie miałam najmniejszego pojęcia. Wyszedł z tego prawdopodobnie tylko bełkot przepełniony powtórzeniami, (zbyt) prostym słownictwem i jąkaniem, aczkolwiek w mojej głowie brzmiało to o wiele lepiej i bardziej ,,naukowo''.

Herbata dawno wystygła, a kremowy, puszysty kot zostawił na świeżo wypranych spodniach wystarczająco dużo włosów, bym znalazła sobie zajęcie na kolejne kilka godzin. Bardzo nie lubię zdejmować zwierzęcej sierści z ubrań, szczególnie z czarnych ubrań.

Zignorowałam oba te smutne fakty i zajęłam się poważniejszymi przemyśleniami. Miałam chwilę, by uspokoić wzburzone obcym człowiekiem myśli i skoncentrować się na doborze słów, z czym bywa u mnie ciężko. Piotrek uważnie czytał swoje notatki obracając długopis między dwoma palcami lewej ręki, na jego twarzy było widać niesamowite skupienie. Zmarszczył czoło i nieświadomie ułożył usta w ,,dziubek''. Uwielbiam, kiedy to robi i choćby nie wiem, jak poważna była sytuacja, ta mina zawsze poprawia mi humor. Zamyśleni ludzie potrafią robić naprawdę dziwne rzeczy. Niektórzy stukają palcami, inni robią ,,dziubki''.
To przecież całkiem normalne. Dziubki też są normalne, komiczne, ale normalne.

W pewnej chwili zatrzymał długopis, podrzucił go i złapał po obrocie w powietrzu. Bez słowa otworzył laptopa, którego zauważyłam dopiero teraz, ponieważ był przykryty haftowaną serwetką i (wnioskując po charakterystycznym dźwięku) odpalił Skype'a. Nieco mnie to wtedy zaniepokoiło, ponieważ obawiałam się rozmowy z kolejnymi, obcymi ludźmi i nie myliłam się.
Na ekranie pojawiły się trzy twarze.
Tak, trzy nieznajome twarze, które były dla mnie niczym trzy bolesne kopnięcia w kostkę.
Nie lubię obcych ludzi, tak samo, jak nie lubię kociej sierści na czarnych spodniach.

środa, 7 stycznia 2015

Kartka

Powiem tak- to moje pierwsze ,,dzieło'' na poważnie publikowane w internetach. Siostrze się podobało, nie wiem jak Wam. Mam jednak nadzieję, że nie będzie najgorzej, to dopiero początki ;)

***

Zwykła, niczym niewyróżniająca się dziewczyna, do tego bez pracy. Taka właśnie byłam. Szara i przeciętna, jak wiele innych osób w moim wieku. Oczywiście do czasu. Do dnia, w którym wszystko się zmieniło, a był to dzień dosyć wietrzny, mimo, że letni. Tak to u nas w Polsce bywa. W zimę lepimy błotne bałwany, a w lato chodzimy w swetrach. Więc, jak już wspomniałam- było lato i było zimno. Co w tym niezwykłego? No niby nic. Tyle tylko, że właśnie w takie dni najbardziej nie chce się ludziom wychodzić z domów. Gdyby nie mój wiecznie głodny kot, też kisiłabym się przed telewizorem, lub komputerem oglądając seriale lub czytając wirtualne książki (bo na prawdziwe nie było mnie stać, do tego nie miałam ich gdzie trzymać) i nic bym z tego nie miała. On jednak, mimo, że jego masa znacznie przekraczała już normę, zrobił się głodny, a szafki, gdzie powinno być kocie jedzenie świeciły pustkami. Byłam zmuszona wyjść z mojej ciepłej norki na zakupy w najbliższym sklepie. Przy okazji kupiłam także kukurydzę, która jest tania i którą bardzo lubię oraz czerwoną oranżadę. Nie tak dobra jak landrynkowy oryginał, jednak zawsze było to Coś.

Wychodząc ze sklepu natrafiłam na kartkę. Właśnie tę kartkę, która uczyniła ten chłodny dzień nieco cieplejszym. 

,,Poszukujemy pokojówki''

Nie wiem, co skłoniło mnie, aby zadzwonić. Może myśl ,,Czas się wziąć za siebie i zacząć jakkolwiek zarabiać'', może siła wyższa. Mógł to też być mały rysuneczek kota z wygiętym grzbietem i podniesionym ogonem z zagiętą końcówką.
Tak, to z pewnością ten kot.

Zabrałam urwany papierek walający się po chodniku ze sobą i ruszyłam do domu. Po nakarmieniu Bobika, bo tak miał na imię mój krótkoogoniasty przyjaciel, chwyciłam telefon i korzystając z ostatniego doładowania, jakie mi zostało dodzwoniłam się do chłopaka, który z głosu nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia pięć lat.

-Halo?- odezwałam się pierwsza, jak to mam w zwyczaju.
-Słucham, w czym mogę pani kochanej pomóc?-zapytał żartobliwie przesadnym tonem. Nie spodziewał się po drugiej stronie słuchawki akurat mnie.
-Ja w sprawie pracy, czytałam ogłoszenie. Podobno szukacie pomocy domowej.- powiedziałam, na co chłopak odchrząknął zmieszany, szybko przeprosił i zaczął się tłumaczyć, że nie spojrzał na numer, że pomylił mój głos z głosem znajomej, potem wybełkotał kilka niezrozumiałych słów, prawdopodobnie skierowanych do siebie. 

Po krótkiej rozmowie, o mojej przyszłej pracy, stwierdził, że mogę przyjechać choćby zaraz, tylko musi posprzątać mieszkanie. 
No tak, w końcu będzie przyjmował pokojówkę.
Wydawało mi się to śmieszne, ale przecież tak wypada, kultura tego wymaga.

Jednak czułam, że coś jest nie tak. Moja kobieca intuicja nie myliła mnie i tym razem. 
Po ponad godzinie dotarłam na drugi koniec miasta. Autobusy wcale nie są wygodnym i łatwym środkiem transportu, przynajmniej dla mnie, istoty niepojmującej miasta. 
Wychowałam się w małym miasteczku, niemalże wsi. Tam każdy znał każdego, ulice nie były tak poplątane i jeździło się rowerem, własnymi ścieżkami.

Tak czy siak, trafiłam do niewielkiego domku na obrzeżach miasta. Od ulicy oraz innych posesji odgradzało go małe podwórko, na którym biegały dwa kundle. Jeden przypominał sznaucera, drugi owczarka niemieckiego zmieszanego z rottweilerem.
Na dzwonku przy furtce widniał rysunek kota, taki sam, jak na ogłoszeniu. Zadzwoniłam, co jeszcze bardziej zdenerwowało psy. Po chwili z domu wyszła poczciwa babunia, która uciszyła je jednym ruchem ręki. Posłusznie za nią podążały machając radośnie ogonami jak na widok własnej matki. Moja obecność na ich terenie niezbyt je zadowoliła. Na szczęście tylko cicho powarkiwały. Do dziś niezbyt im ufam, tak samo jak one nie ufają mi. Tylko czasami dają się głaskać, wtedy mam okazję okazać im trochę czułości i zmniejszyć ryzyko niemiłych sytuacji.

Pod drzwiami na wpuszczenie do domu czekały także dwa zmarnowane kocury, jeden biało- rudy, podobny do mojego, tylko znacznie chudszy oraz czarny z rdzawymi pręgami i złotymi oczyma. 

W środku było ciepło. Nie duszno czy zwyczajnie gorąco, myślę, że ten miły klimat tworzył wystrój wnętrza. Przeważały tam barwy ciepłe, ogólnie całe to mieszkanie było w takich kolorach. Nawet sufit nie był idealnie biały, lecz lekko żółtawy. Zastawa na stoliku: kremowy dzbanuszek w pomarańczowe i różowe kwiaty, filiżanki z identycznym motywem. Podobnie jak inny kot leżący przed telewizorem, trzy porcelanowe słonie, żelowa świeczka na oknie, chłopak.
No właśnie. Chłopak.