środa, 7 stycznia 2015

Kartka

Powiem tak- to moje pierwsze ,,dzieło'' na poważnie publikowane w internetach. Siostrze się podobało, nie wiem jak Wam. Mam jednak nadzieję, że nie będzie najgorzej, to dopiero początki ;)

***

Zwykła, niczym niewyróżniająca się dziewczyna, do tego bez pracy. Taka właśnie byłam. Szara i przeciętna, jak wiele innych osób w moim wieku. Oczywiście do czasu. Do dnia, w którym wszystko się zmieniło, a był to dzień dosyć wietrzny, mimo, że letni. Tak to u nas w Polsce bywa. W zimę lepimy błotne bałwany, a w lato chodzimy w swetrach. Więc, jak już wspomniałam- było lato i było zimno. Co w tym niezwykłego? No niby nic. Tyle tylko, że właśnie w takie dni najbardziej nie chce się ludziom wychodzić z domów. Gdyby nie mój wiecznie głodny kot, też kisiłabym się przed telewizorem, lub komputerem oglądając seriale lub czytając wirtualne książki (bo na prawdziwe nie było mnie stać, do tego nie miałam ich gdzie trzymać) i nic bym z tego nie miała. On jednak, mimo, że jego masa znacznie przekraczała już normę, zrobił się głodny, a szafki, gdzie powinno być kocie jedzenie świeciły pustkami. Byłam zmuszona wyjść z mojej ciepłej norki na zakupy w najbliższym sklepie. Przy okazji kupiłam także kukurydzę, która jest tania i którą bardzo lubię oraz czerwoną oranżadę. Nie tak dobra jak landrynkowy oryginał, jednak zawsze było to Coś.

Wychodząc ze sklepu natrafiłam na kartkę. Właśnie tę kartkę, która uczyniła ten chłodny dzień nieco cieplejszym. 

,,Poszukujemy pokojówki''

Nie wiem, co skłoniło mnie, aby zadzwonić. Może myśl ,,Czas się wziąć za siebie i zacząć jakkolwiek zarabiać'', może siła wyższa. Mógł to też być mały rysuneczek kota z wygiętym grzbietem i podniesionym ogonem z zagiętą końcówką.
Tak, to z pewnością ten kot.

Zabrałam urwany papierek walający się po chodniku ze sobą i ruszyłam do domu. Po nakarmieniu Bobika, bo tak miał na imię mój krótkoogoniasty przyjaciel, chwyciłam telefon i korzystając z ostatniego doładowania, jakie mi zostało dodzwoniłam się do chłopaka, który z głosu nie mógł mieć więcej jak dwadzieścia pięć lat.

-Halo?- odezwałam się pierwsza, jak to mam w zwyczaju.
-Słucham, w czym mogę pani kochanej pomóc?-zapytał żartobliwie przesadnym tonem. Nie spodziewał się po drugiej stronie słuchawki akurat mnie.
-Ja w sprawie pracy, czytałam ogłoszenie. Podobno szukacie pomocy domowej.- powiedziałam, na co chłopak odchrząknął zmieszany, szybko przeprosił i zaczął się tłumaczyć, że nie spojrzał na numer, że pomylił mój głos z głosem znajomej, potem wybełkotał kilka niezrozumiałych słów, prawdopodobnie skierowanych do siebie. 

Po krótkiej rozmowie, o mojej przyszłej pracy, stwierdził, że mogę przyjechać choćby zaraz, tylko musi posprzątać mieszkanie. 
No tak, w końcu będzie przyjmował pokojówkę.
Wydawało mi się to śmieszne, ale przecież tak wypada, kultura tego wymaga.

Jednak czułam, że coś jest nie tak. Moja kobieca intuicja nie myliła mnie i tym razem. 
Po ponad godzinie dotarłam na drugi koniec miasta. Autobusy wcale nie są wygodnym i łatwym środkiem transportu, przynajmniej dla mnie, istoty niepojmującej miasta. 
Wychowałam się w małym miasteczku, niemalże wsi. Tam każdy znał każdego, ulice nie były tak poplątane i jeździło się rowerem, własnymi ścieżkami.

Tak czy siak, trafiłam do niewielkiego domku na obrzeżach miasta. Od ulicy oraz innych posesji odgradzało go małe podwórko, na którym biegały dwa kundle. Jeden przypominał sznaucera, drugi owczarka niemieckiego zmieszanego z rottweilerem.
Na dzwonku przy furtce widniał rysunek kota, taki sam, jak na ogłoszeniu. Zadzwoniłam, co jeszcze bardziej zdenerwowało psy. Po chwili z domu wyszła poczciwa babunia, która uciszyła je jednym ruchem ręki. Posłusznie za nią podążały machając radośnie ogonami jak na widok własnej matki. Moja obecność na ich terenie niezbyt je zadowoliła. Na szczęście tylko cicho powarkiwały. Do dziś niezbyt im ufam, tak samo jak one nie ufają mi. Tylko czasami dają się głaskać, wtedy mam okazję okazać im trochę czułości i zmniejszyć ryzyko niemiłych sytuacji.

Pod drzwiami na wpuszczenie do domu czekały także dwa zmarnowane kocury, jeden biało- rudy, podobny do mojego, tylko znacznie chudszy oraz czarny z rdzawymi pręgami i złotymi oczyma. 

W środku było ciepło. Nie duszno czy zwyczajnie gorąco, myślę, że ten miły klimat tworzył wystrój wnętrza. Przeważały tam barwy ciepłe, ogólnie całe to mieszkanie było w takich kolorach. Nawet sufit nie był idealnie biały, lecz lekko żółtawy. Zastawa na stoliku: kremowy dzbanuszek w pomarańczowe i różowe kwiaty, filiżanki z identycznym motywem. Podobnie jak inny kot leżący przed telewizorem, trzy porcelanowe słonie, żelowa świeczka na oknie, chłopak.
No właśnie. Chłopak.

2 komentarze: